SAVOIR-VIVRE bez tajemnic

Imieniny, spotkanka towarzyskie przy kieliszku i ziemniaczanych chipsach… Mile to, ale zupełnie pozbawione tradycyjnego rygoru ele­gancji, jaki towarzyszy wielkim balom. Wspominamy je przez lata, wła­śnie nazywając balami, choć wzmianki o nich nie było w gazetach, ra­diu i telewizji. One były ważne dla nas, w naszym kółku rodzinnym i przyjacielskim. Śluby, chrzciny, komunie dzieci… Co jeszcze? Stypy (tam, gdzie jeszcze się je urządza, zwykle unikając tej nazwy) srebrne, potem złote wesele? A jeśli nie, to kolejne śluby, po kolejnych rozwo­dach? Niewiele, a jednak wtedy ożywia się myśl o elegancji, o wypró­bowanych manierach, niezwykłych potrawach i sławnych trunkach… Jak daleko to sięga w przeszłość! Pamiętacie, że jeden z najstar­szych utworów zapisanych w języku polskim, datowany na początek XV wieku, to wiersz Słoty „O zachowaniu się przy stole”. Już wtedy nad Wisłą przywiązywano wagę do poprawnego zachowania sig! Au­tor pouczał, jak zasiadać za stołem, by się odróżniać od prostaków, jak drobić chleb do miski z jadłem, jak dobierać z półmiska, by nie urazić innych, jak uniknąć zasiadania, „gdzie go nie posadzą”…

To przeszłość, a teraźniejszość? O stroju na takie okazje już była mowa. Kogo stać, ten szykuje się do ślubu z rozmachem, jakby chciał przyćmić innych. Nie najlepszą sławą cieszy się korzystanie z wypo­życzalni, więc niektórzy narzeczeni (narzeczone tym bardziej) nie przyznają się do pożyczek. Naiwna nadzieja: zwykle znajdzie się ja­kaś „serdeczna przyjaciółka”, która nawet adres wypożyczalni puści w obieg na uczcie weselnej… Ubiór jest początkiem dalszego ciągu pytań: ile wydać na ucztę weselną, na orkiestrę (lub muzykę z taśmy), na restaurację (lub orga­nizację domowymi sposobami), na alkohol (lub eleganckie jedze­nie), czy zaprosić tylko rodzinę (przeciwni są zwykle państwo mło­dzi, którzy chcieliby widzieć i przyjaciół). Każda odpowiedź daje się przeliczyć na gotówkę. Ten model uroczystego świętowania jest przedmiotem sporów od dziesięcioleci, jeśli nie od pokoleń. Środowiska wiejskie, bo już na­wet nie małomiasteczkowe, są za stylem bogatszym w ludzi i kosz­towne atrakcje. Miejskie coraz bardziej ten rozmiar ograniczają. Sły­szy się często gorliwe pouczanie zwolenników wiejskiego modelu, że są to pomysły ponad stan, które prowadzą do utrudnienia startu fi­nansowego młodych, że lepiej, by zafundowali sobie wycieczkę za­graniczną. Dla nich zapewne lepiej, ale presja środowiska jest nie­przypadkowa: taka atrakcja jak wesele jest potrzebna całej wsi (dlatego też zdarza się zaproszenie i kilkuset uczestników).

Dyskoteka jest dobra dla młodych, ale starsi mogą potańczyć, za­bawić się i pogadać przy butelce dopiero na weselu. Dzisiaj ty zapro­sisz nas, jutro my ciebie… Czyż to nie charakterystyczne, owa żywot­ność stałego podziału ról: jedna gospodyni robi na każde wesele torty, inna pieczyste, miejscowy specjalista zamieni prosiaka w szyn­ki i kiełbasy. Dlatego rodzice mówią: „Nie wypada nie zaprosić, my­śmy przecież tyle razy byli”. Ci w wielkich miastach, umiejący tylko drwić z wiejskich obyczajów, nie rozumieją tego mechanizmu. Usta­wiać stoły w remizie strażackiej? Nie uwierzyliby, że tutaj bywa bar­dziej kulturalnie niż w miejskiej restauracji. To nie jest usprawiedli­wienie, a tylko wytłumaczenie. Zresztą całe ciśnienie cywilizacji współczesnej dąży ku modelowi miejskiemu, spada zapotrzebowanie na kontakty towarzyskie (telewizja), a motoryzacja pozwoli wkrótce każdej rodzinie wiejskiej „wyskoczyć” czasami do miasta.

Ze zwyczajami weselnymi jest tak: albo się akceptuje wszystkie „zaszłości”, także te zdecydowanie nieciekawe, albo też się wszystko odrzuca i wtedy, niespodziewanie, atmosfera robi się jak w rodzin­nym grobowcu. Na jednym biegunie picie na umór, na drugim nawo­ływanie, że „gorzko”, co jest w rzeczywistości naśmiewaniem się z czyjejś nieśmiałości i skrępowania. Inną plagą wesel są toasty. Zwyczaj to może staroświecki, ale przede wszystkim wymagający specyficznych umiejętności. Są kul­tury (narody wschodnioeuropejskie, kaukascy Gruzini i Ormianie), gdzie wspaniale zbudowane przemowy biesiadne mają wiele smaku i poloru, bywają dziełkami humoru i retoryki wysokiej klasy. Ale to jak  trawnikami angielskimi: trzeba trzystu lat treningu i wtedy już wszystko idzie dobrze. U nas na ogół toasty sprowadzają się do niezgrabnego i mało efek­townego bełkotu. Bywa tak, że do zabrania głosu zmuszają któregoś z ojców zwyczaje, a gdy nieszczęśnikowi to nie wychodzi, bo nie przy­zwyczajony do przemówień, zrywa się jakiś gość weselny, który uważa, że zrobi to lepiej. Wniosek: przemówienia wcale nie są obowiązkowe.

Według barwy, wina dzielą się na białe i czerwone. Jest jeszcze różowe, czyli rose, pozyskiwane za pomocą specjalnej technologii. Tradycyjne zasady każą łączyć je z określonymi rodzajami potraw i kolejnością podawania. Tak więc ogólna zasada podawania win to: od lżejszych (białe wytrawne) do ciężkich (czerwone deserowe). Jest też bardziej rozpowszechniona druga zasada: białe serwujemy do białego mięsa (drób i cielęcina, przystawki z majonezem, niektóre wędliny), czerwone do czerwonych, czy ściślej ciemnych mięs, takich jak wołowina, baranina, wszelka dziczyzna i mięsa pieczone. Z tego układu wyłamuje się szampan (i inne wina gazowane, bo wbrew po­pularnej polskiej nazwie „wino z bąbelkami” nie oznacza zawsze szampana). Jak widzicie, cały ten układ reguł nie jest zbyt konsekwentny. Dlatego nie dziwmy się, kiedy nawet na eleganckim przyjęciu spo­tkamy się z rozbieżnością od reguły: białe do białego itp. Ostatnio obserwuje się tendencję likwidującą sztywne podziały. Zaczyna pa­nować zasada: każdy dobiera takie wino, jakie lubi. Dla zwolenników nowej mody cytuję powiedzonko: „najlepsze wino do posiłku to ta­kie, które nam smakuje najbardziej”.